List Krzysztofa Kolumba do Rafała Sanxis, podskarbiego króla hiszpańskiego Ferdynanda

Na wyspie zaś, którą — jak wyżej powiedziałem — nazwaliśmy Hiszpańską, bardzo wielkie i piękne są góry, obszerne pola, lasy, błonia zdatne na pastwiska, do uprawy i zakładania mieszkań. Ktoby nie widział, nie uwierzyłby, jakie na tej wyspie dogodne są porty, jakie mnóstwo rzek przyczyniających się do zdrowia ludzkiego. Drzewa tej wyspy, pastwiska i owoce różnią się znacznie od tych, jakie ma wyspa Joanna. Prócz tego obfituje Hiszpańska wyspa w różnego rodzaju wonne zioła, w złoto i kruszce. Mieszkańcy obojej płci tak tej wyspy jako i wszystkich innych, które widziałem i które poznałem, chodzą zawsze nago, tak jak ich Pan Bóg stworzył, prócz niektórych kobiet, które zasłaniają wstydliwe członki liściem, gałązką lub bawełnianą oponą, którą sobie na ten cel sporządzają. Nie mają oni wszyscy (jak wyżej powiedziałem) żadnego gatunku żelaza, nie mają też broni i wcale jej nie znają, ani też nie są do niej zdatni, a to nie dla niekształ-tności ciała (są bowiem dobrze zbudowani), lecz dla tego, iż są tchórzliwi i pełni bojaźni. Noszą jednakże w miejsce broni trzciny na słońcu ususzone, na których końcu zatykają pewne suche i zaostrzone drzewo, ale i tych nie śmieją zawsze używać. Działo się bowiem często, że — gdy posłałem dwóch lub trzech i moich ludzi do wsi jakiej, aby się z jej mieszkańcami rozmówili — wychodziła zbita gromada Indyan, — ale gdy naszych zbliżających się spostrzegli, ratowali się czemprędzej ucieczką, przyczem rodzice dzieci a dzieci rodziców opuszczali. A działo się to nie dla tego, że komukolwiek z nich wyrządzano jaką krzywdę lub stratę: owszem do którychkolwiek przybyłem i z którymikolwiek mogłem się porozumieć, udzieliłem im, cokolwiek miałem, płótna i różnych innych rzeczy, nie żądając za to niczego w zamian. Są oni z natury bojaźliwi i tchórzliwi. (...)

Skoro do morza owego przybyłem, porwałem gwałtem z pewnej wyspy kilku Indyan, którzyby się od nas uczyli a którzyby nawzajem nas pouczali o tem, co sami o tamtych okolicach wiedzieli. I to się udało, albowiem w krótkim czasie my ich a oni nas rozumieli — już to za pomocą giestów i znaków, już to za pomocą słów. I taką byli oni nam korzyścią.

Przybyli jednakże ze mną i tacy, którzy dotychczas sądzą, że z nieba zstąpiłem, chociaż już tak dawno są z nami. Oni to najprzód ogłaszali innym, co mówiliśmy, nawołując ich donośnym głosem: „chodźcie, chodźcie, a zobaczycie ludzi niebiańskich". Dla tego tak kobiety jak mężczyźni, niedorostki jako i dorośli, młodzieńcy jako i starzy, zbywszy się strachu, którym przedtem byli zdjęci, odwiedzali nas chętnie w wielkich gromadach, przynosząc to pokarmy, to napoje — z wielką miłością i niezmierną dobrodusznością.

Krzysztof Kolumb